Koniec z tym

sam i robert siedzieli przy jednym stole, na którym stał wazon, dwie szklanki, butelka wina i ze sześć puszek piwa.
– czyli plan jest cały dograny ? – zapytał Sam.
– dokładnie, ty tylko bierzesz torbę, wsiadasz z nią do auta i odjeżdżasz na umówione miejsce.

– a nie boisz się, że coś pójdzie nie tak?
– co ma qrwa pójść nie tak, plan jest dopracowany na medal, żadnej wpadki być nie może. nie ma takiej pieprzonej możliwości. ni-chu-ja!!
– nie wściekaj się. nie chodzi mi o to, że twój plan jest zły, po prostu chodzi mi o wypadki losowe, niezależne od nas, wiesz strażnik np. miał sraczkę i później wyszedł na obchód, no takie różne.
robert nalał sobie pełną szklankę wina i wychylił jednym duszkiem, po czym powiedział:
– żadna sraczka strażnika, ani impotencja burmistrza miasta lub rekord świata w rzucie młotem nie pokrzyżuje tego planu, mam już dosyć ciągłego klepania biedy, wyrzucania z pracy, poniżania, włóczenia się po urzędach i całego tego cyrku. robimy jeden numer a potem szampan, kawior i dziwki do samej śmierci: naszego lub ich, znaczy pieniędzy. więc jak wchodzisz w to , czy brakuje ci jaj?
– pewnie, że wchodzę, tylko chcę po prostu zwrócić uwagę na element losowy, niezależny od nas… – dalej uparcie ciągnął temat sam.
– qrwa, skończysz wreszcie pierdolić o tych zrządzeniach losu czy nie! gówno mnie obchodzi los, fart lub niefart, wchodzimy tam tzn. ja wchodzę i dokładnie za 3 minuty i 20 sekund wychodzę i przerzucam torbę przez ogrodzenie, ty ją zabierasz i odjeżdżasz. o godzinie 1:45 spotykamy się na wylocie z miasta na stacji benzynowej, gdzie czeka na nas już auto a dalej to już gdzie bądź uderzymy i to wszystko. zrozumiano!
– a ty zdążysz dojechać? w końcu odwalasz całą robotę, ja praktycznie nie za wiele działam – powiedział sam i otworzył sobie kolejne piwo. robert uzupełnił wino w swojej szklance i kontynuował:
– o mnie się nie bój znam ten zakład jak własną kieszeń robiłem tam chyba z półtora roku. właściciel to stara sknera, która żeruje tylko na takich jak my. jakby mógł to w ogóle nie płaciłby za robotę, więc go nie żałuj a po za tym kasa, którą gwizdniemy jest lewa więc nikt jej nie będzie szukał, przynajmniej policja nie. a tak w ogóle to twoja robota też jest ważna. musisz oddalić się tak aby nikt cię nie widział, w domu przełożyć forsę do dwóch walizek i dostarczyć na wylotówkę.
– a jak ktoś mnie będzie śledził? a jak ktoś wie już o naszym skoku? – zapytał przestraszony sam.
– przestań panikować o skoku wiesz tylko ty, ja i tim, ale on już nikomu o tym nie powie
– a dlaczego?
– bo go nie ma wśród nas, zmarł tydzień temu. więc ciesz się kolego bo tak to by cię tu nawet nie było – zakomunikował robert i dopełnił szklankę resztką wina z butelki. dochodził godzina jedenasta. do wyjazdu pozostało im jakieś 45 minut. robert spojrzał na sama i ujrzał w jego oczach jakąś niepewność, jakąś nitkę inności, coś co nie dawało mu cały czas spokoju. „może on tylko tak dla niepoznaki udaje ‚wydyganego’ a w gruncie rzeczy czai się tylko aby nawiać z moją kasą?” pomyślał robert i dopił jednym haustem swoją szklankę wina, po czym otworzył puszkę z piwem. ostro z niej pociągnął i pomyślał „jak ta parszywa menda wywinie mi jakiś numer, to mu nogi z dupy wyrwę obcęgami, kawałek po kawałku, nawet jakbym miał go z piekła wyciągnąć za wszarz?”. elektroniczny zegar pokazywał 23:04. za dwie godziny i 41 minut miało już być inaczej.

xbartx

Pobierz całość w formacie pdf

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s