Pieprzone trefle

mirabel kończyła właśnie makijaż kiedy louis wszedł do łazienki. stanął w progu i zaczął się jej przyglądać. wyglądała uroczo i pociągająco. prawdziwy demon seksu.
– może małe co nieco przed wyjściem? – zapytał louis
– nie przesadzaj, chcesz mi to wszystko rozpieprzyć! siedzę tu już dwie godziny, lepiej idź i wezwij taksówkę. i nie patrz się tak na mnie bo mi się ręce trzęsą!!!
– ale jak dzisiaj wygram to sobie to odbijemy, kolacja w „La grange” najdroższe wino a potem apartament w hotelu i sex w całej naszej forsie to będziemy robić do końca tygodnia a nawet życia.
– jak wygrasz??
– przecież wiesz, że zawsze wygrywam
– wiem, wiem kochanie ale tak jakoś dzisiaj mam dziwne przeczucie, może dlatego, że to twoja ostatnia gra? – powiedziała czule mirabel.
– nie masz się czymś przejmować dopóki jesteś ze mną aniołku, nikt w tym mieście, ani nawet na świecie nie jest w stanie nam sprostać! nikt! długo czekałem na tę chwilę ale wreszcie ją mam – swoje pięć minut i muszę je jak najlepiej wykorzystać.
mirabel ucałowała go w policzek i szepnęła do ucha „idź i zamów taksówkę ja zaraz będę gotowa”. louis wyszedł. przeszedł korytarz i wszedł do dużego pokoju, w którym znajdowało się tylko wielkie łóżko a naprzeciwko niego cztery fotele i stolik. obok łóżka na ziemi leżał telefon. louis wykręcił numer i poprosił o taksówkę na Toward avenue 45. następnie cofnął się do korytarza i zapalił papierosa. dym leniwie zaczął rozchodzić się po korytarzu. po chwili z łazienki wyszła mirabel. światło, które padało zza jej pleców i dym, który unosił się między nią a louisa oczami dały oszałamiający efekt. zielona długa sukienka idealnie dopasowana do ciała, czarne kręcone włosy spływające po ramionach, lekko podkreślone usta i te oczy dla których nie jeden facet tracił kompletnie głowę. tak była demonem przepełnionym seksem do granic wytrzymałości. i to właśnie dawało wybuchową mieszankę, której nie mógł się oprzeć żaden facet. właśnie dzięki swoim zdolnością karcianym oraz mirabel – louis dorobił się fortuny. i właśnie dzisiaj miała się zakończyć jego gra. miał 28 lat i przez resztę życia nie zamierzał już nic robić tylko wydawać pieniądze. mirabel podeszła do louisa, on objął ją w pasie a w drugą rękę wziął walizkę stojącą obok drzwi i razem wyszli z domu. była godzina 21:04 kiedy przekroczyli próg rezydencji vilde’a. vilde był cholernie bogaty i cholernie tajemniczy. tak na dobrą sprawę nikt go nigdy nie widział ani nic o nim nie wiedział może poza jednym: jeszcze nikt, który zagrał z nim w karty nie wygrał. wszyscy najwięksi i najbogatsi szulerzy wychodzili goli i albo znikali albo sami skracali swoje męki, jednak żaden z nich nigdy nie powiedział jak to się stało. louis jednak miał to coś co pozwalało mu czuć się pewnie a poza tym vilde zgodził się aby zagrać w obecności mirabel a to już był jego duży błąd.
taksówka podjechał pod okazały dom a służący wprowadził ich do dużego salonu i oznajmił, że pan vilde zaraz zejdzie po czym zapytał czego się napiją. mirabel poprosiła o martini z małą ilością wódki i lodem, natomiast louis zamówił podwójną szkocką whisky z wodą sodową. oboje siedli na sofie a służący po chwili podał im zamówione drinki i opuścił salon. po około 5 minutach pojawił się znowu i skinął głową aby udali się za nim. dom wyglądał naprawdę okazale. wszędzie znajdowały się bardzo stare meble jednak w bardzo dobrym stanie. na ścianach obrazy pędzli najlepszy mistrzów, których nie posiada żadne muzeum. wszędzie przepych i bogactwo ale dostojne i z klasą. służący przeprowadził ich przez salon następnie przez dwa równie wielki pokoje by w końcu stanąć przed pięknymi drewnianymi drzwiami. służący otworzył owe drzwi i usunął się na bok. louis puścił przodem mirabel po czym sam przekroczył próg. służący zamknął za nimi drzwi i oddalił się. pokój nie był zbyt duży. po prawej stronie pod ścianą stała mała sofa na środku pokoju stał stolik przykryty zielonym suknem wokół niego stały cztery krzesła – drewniane, potężne i bogato rzeźbione. na jednym z nich naprzeciwko drzwi wejściowych siedział vilde. skinął głową na mirabel i pokazał rękom aby usiadła na sofie. louis odprowadził ją wzrokiem po czym podszedł do stołu i postawił na niej walizkę.
– chcesz przeliczyć pieniądze? – zapytał pewnie i zdecydowanie
– witam cię louis – odpowiedział vilde
– ja również witam – odpowiedział lekko zmieszany louis, jednak nie dał o tym po sobie poznać.
vilde spojrzał na krzesło stojące obok louisa. louis spojrzał na vilde’a na krzesło z powrotem na vilde’a i powoli na nim usiadł.
– walizkę może pan położyć obok stołu – powiedział vilde – więc ile pan posiada?
– miliard – odpowiedział sucho louis po czym z dumą i zacięciem w oczach spojrzał w oczy vilde.
– dobrze więc rozdaj karty.
louis wziął ze środka stołu talię kart i rozpakował ją po czym wyciągnął z kieszeni papierosy i odpalił jednego. zaciągnął się i zapytał:
– rozumiem, że poker i 24 karty. a jaka jest stawka wejściowa? tysiąc, dziesięć?
– miliard – odpowiedział sucho vilde.
louisowi na ułamek sekundy pociemniało w oczach. jednak nic po sobie nie dał poznać. kiedy kątem oka zobaczył, że mirabel założyła nogę na nogę a rozporek w jej sukience podjechał do granic rozsądku i wytrzymałości. louis tylko na to czekał. zaciągnął się wypuścił wielką chmurę dymu, spojrzał w stronę mirabel i powiedział:
– życz mi szczęścia mirabel
mirabel tylko lekko się uśmiechnęła i to zazwyczaj wystarczało. wystarczało kiedy rywal spojrzał w oczy mirabel jednak vilde nawet nie spojrzał kątem oka. „niedobrze pomyślał louis, trzeba będzie spróbować czegoś innego ale to dopiero w następnej partii”. po czym zaczął rozdawać karty. z ręki dostał parę dam, waleta pik, asa pik i dziewiątkę caro. oddał waleta i dziewiątkę. vilde wymienił jedną kartę. „pewnie ma dwie pary” pomyślał louis. po wymianie dostał as caro i kier oraz damę pik. aż sam nie mógł w to uwierzyć jednak nie był zbytnim optymistą. jego zwycięstwem było spojrzenie przeciwnika w oczy mirabel, dlatego też tą partię sobie odpuścił.
– no to sprawdzam – zawyrokował vilde
– louis położył swoje karty na stole i spojrzał obojętnie na vilde’a
vilde spojrzał na louisa i położył swoje karty na stole. miał karetę króli. louis nawet nie drgnął tylko spojrzał w oczy vilde’a i zdecydowanie powiedział:
– chciałbym zagrać rewanż
– obawiam się że nie masz już za co grać
– zagrajmy o mirabel
– o pańską partnerkę?
– o moją żonę
– a co ona na to?
– niech pan ją sam zapyta – odpowiedział louis śmiertelnie poważny vilde obrócił się w stronę mirabel spojrzał jej w oczy i spytał:
– a co pani na to?
– zgadzam się – odpowiedział mirabel i spojrzała w oczy vilde’a.
– więc rozdaj karty louis, stawiam wszystko co mam przeciwko twojej żonie – odpowiedział dostojnie vilde.
to upewniło tylko louisa, że jest już w mocy mirabel „tym lepiej dla mnie a tym gorzej dla ciebie drogi vilde” pomyślał i zaczął rozdawać karty. z ręki dostał cztery króle, cztery króle! wszystko szło jak zawsze. louis wymienił jedną kartę a natomiast vilde cztery. kiedy louis to zobaczył był już pewien. jednak cały czas zachowywał ten sam wyraz twarzy. odpalił papierosa zaciągnął się, spojrzał na vilde’a i powiedział:
– no to sprawdzam
vilde położył na stole swoje karty a był to kolor składający się z pięciu trefli. brakowało króla trefl, którego w ręku trzymał louis. louis zbladł “jak to możliwe, jak? przecież mirabel? przecież spojrzał jej w oczy! qrwa mamy przejebane” pomyślał. “nie mamy tylko ty masz mój drogi” usłyszał w swojej głowie głos vilde’a “jak to? jak to możliwe że mówisz w mojej głowie?” louisowi pociemniało, nie wiedział co się dzieje wszystko dookoła szalało. nagle zobaczył, że vilde wysypuje na stół pieniądze z jego walizki następnie rzuca na nie swoje trefle i kładzie na nich mirabel. zdziera z niej górę sukienki i zaczyna całować jej nagie ciało. “mirabel co ty robisz!” pomyślał louis i chciał to samo powiedzieć ale nie zdążył bo usłyszał:
– jak to co robię? pieprzę się z nim, ja pieprzę się tylko z wygranymi! o boże vilde jesteś boski!! dalej, dalej!! mocniej!! tak! o tak!!
vilde spojrzał na louisa, który nie pojmował już całkiem co jest grane. louis spojrzał na mirabel a następnie na vilde’a i w jego oczy. zatoczył się i wybiegł z pokoju. biegł w stronę drzwi wejściowych a goniły go jęki rozkoszy mirabel. otworzył drzwi i wybiegł w noc. była godzina 22:16.

xbartx

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s