Ulica i szklanka rumu

– no i coś jeszcze? czy wszystko jasne? – dopytywał się franc.
– no chyba wszystko, poczekaj, to tu, to tam i później się zwijamy, później tu i jesteśmy w domu – gadał chyba sam do siebie michael.
– to dobra wszystko gra więc jesteśmy umówieni – powiedział franc i dodał – to do zobaczenia i powodzenia
– powodzenia – odpowiedział michael i odłożył słuchawkę telefonu. franc także wyłączył swój telefon komórkowy i schował go do kieszeni po czym wyszedł z zaułka ulicy w gąszcz miejskiego ruchu. włączył się do niego i zaczął dryfować z całą wielką masą. wszędzie było pełno ludzi i każdy się gdzieś spieszył.
nikt na nikogo nie zwracał uwagi, każdy musiał coś załatwić. franc idą w stronę swojej ulubionej restauracji przyglądał się mijającym ludziom, jednak żadna z mijanych osób nie przyglądała się jemu. „pewnie im szkoda czasu” pomyślał franc i idąc tak w swoją stronę i mijając kolejne twarze nagle naszła go dziwna myśl “a może oni mnie nie widzą może stałem się niewidzialny, może nie żyję i jestem duchem, który chodzi sobie po ulicy, a może to mi się śni, a może…” franc otrząsnął się z tego mętliku jaki niewątpliwie powstał w jego głowie. rozejrzał się po ulicy i stwierdził, że musi przejść na jej drugą stronę. kiedy stanął przy krawężniku jego wzrok po drugiej stronie także przy krawężniku wypatrzył bardzo ładną a jednocześnie taką inną kobietę. inną od całej tej masy jak płynęła dookoła. franc wpatrzył się w jej oczy i zauważył, że ona także patrzy w jego. w sumie za bardzo nie wiedział na czym polega jej inność. może na tym, że w końcu ktoś od 20 minut na niego spojrzał. może to rysy jej twarzy, może to ta tajemniczość bijąca z jej ciemnych oczu, może… nagle zapaliło się zielone światło i tłum ruszył prysnęła cała magia tej chwili. francowi wydawało się, że przez tę krótką chwilę kiedy spotkały się ich spojrzenia nagle wszystko stanęło, zostało gdzieś z boku. jednak to zielone światło wszystko zepsuło. wszystko. nagle cała ta wstrętna masa ruszyła i spojrzenie się urwało. koniec. jak franc doszedł do połowy przejścia nie mógł jej już nigdzie zobaczyć rozmyła się lub pochłonęła ją ta wielka ludzka masa przetaczająca się z jednej strony na drugą. po raz pierwszy w życiu zrozumiał, że coś stracił, coś niebywałego, coś co niewątpliwie mogło by zmienić resztę jego życia. i w tej jednej chwili franc zdał sobie sprawę z tego, że zaczęło mu zależeć na tej kobiecie. po dojściu na drugą stronę zaczął się rozglądać czy jej tu gdzieś nie ma. miał wrażenie, że ona gdzieś tu na niego czeka. jednak nic takiego nie miało miejsca. spojrzał na drugą stronę ulicy jednak tam także jej nie było. znaczy nie widział jej tam ale pewności nie miał bo przy tej ilości ludzi było to niemożliwe do stwierdzenia. podbiegł trochę do przodu i zaglądnął za róg ulicy. nic. nigdzie jej nie było. franc biegał po całym skrzyżowaniu przez około 15 minut usiłując znaleźć nieznajomą. bezskutecznie. lekko zdenerwowany w końcu ruszył w swoją stronę, ponieważ zauważył, że jest już lekko spóźniony na spotkanie. resztę drogi przebył szybkim krokiem czasami wręcz podbiegając. niestety od kiedy stwierdził, że samochodu używać będzie tylko w ostateczności ciągle brakowało mu czasu. po około 20 minutach stanął przed wejściem do „Rogue la fux” poprawił się złapał swobodny oddech i powoli z wielką gracją otworzył drzwi. w środku kelner od razu poprowadził go do stolika, który ukryty za kotarą w bocznej części lokalu idealnie nadawał się na prowadzenie rozmów. franc powoli ruszył za kelnerem rozglądając się po lokalu i próbując jak najwięcej zapamiętać. ten nawyk został mu jeszcze z czasów wojny i nie mógł już się go pozbyć. mimo, że przyszedł spokojny o swoje życie, jego podświadomość mówiła inaczej. rozejrzał się uważnie po lokalu znalazł ewentualną drogę ucieczki oraz miejsce gdzie mógłby się bronić w razie czego. kiedy podeszli do kotary, którą lekko uchylił kelner, franc skinął głową na kelnera a on oddalił się w swoim kierunku. w lokalu panował raczej półmrok i cichutko snuła się jazzowa muzyka. przy dwóch stolikach siedziały jakieś pary i to było wszystko. lokal raczej na uboczu, w którym można uciec od całego tego szumu i całej tej szarej masy przetaczającej się ulicami. lokal, w którym można w ogóle zapomnieć, że gdzieś tam jest ulica wiecznie pełna ludzi. lokal „Rogue la fux”. franc przeszedł przez kotarę i jak zwykle zobaczył starego don Manolo siedzącego ze szklanką szkockiej whiskey i swoje miejsce gdzie czekał już na niego jego ulubiony rum po włosku. rum na punkcie, którego miał kompletnego świra. franc zasiadł wygodnie w swoim fotelu i zapomniał o reszcie tego parszywego świata przynajmniej na półtorej godziny. „dobre i to” pomyślał franc po czym łyknął sobie porządnie ze szklanki.

xbartx

Pobierz całość w formacie pdf

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s